To miały być TYLKO wakacje.
To miały być TYLKO wakacje. Żadnych wizyt w winnicach, sam relaks i świetna zabawa w dobrym towarzystwie. Nasz przyjaciel Romek, najpierw zaproponował kierunek wyjazdu – Toskania, a potem zajął się całą organizacją. Początkowo nawet jakoś szczególnie nie analizowałem miejsca, które zostało wybrane na naszą bazę wypadową. W końcu w Toskanii byliśmy wiele razy i tamtejsze atrakcje są nam bardzo dobrze znane. Dom dla 30 osobowej, wesołej gromadki znajdował się na północno-wschodnich rubieżach regionu. Bliżej stamtąd było do San Marino niż Florencji. Gdyby dobrze się przyjrzeć otoczeniu, to niemal można by dojrzeć stamtąd sąsiednią Emilię Romanię.
Przyjaciele cieszyli się na spotkanie z włoskimi winami i liczyli usłyszeć z naszych ust rekomendacje. No bo przecież w Toskanii są wszędzie winnice! Tymczasem nasze lokum leżało 800 metrów nad poziomem morza, a na tych wysokościach ze świeczką szukać w Toskanii winnic. Mogliśmy zatem znaleźć tam głównie góry, lasy i pastwiska.
Im mniej było dni do wyjazdu, tym intensywniej zastanawiałem się, jak poradzić sobie z rolą winnego przewodnika. Najbliżej mieliśmy do winnic apelacji Val d’Arno di Sopra. Ale bliżej oznaczało w tym przypadku odległość ponad 50 kilometrów. No cóż pomyślałem, pojedziemy zatem tam. Tym bardziej, że Val d’Arno Di Sopra to jedna z historycznych ikon Toskanii. Już w roku 1716 Wielki Książę Toskanii Kosma III Medyceusz opisał w swoim edykcie ów obszar (jeden z czterech, obok Chianti, Carmignano i Pomino) jako miejsce o niezwykle zaawansowanej, jak na tamte czasy, kulturze winiarskiej.
Niespodziewanie, na kilkanaście dni przed wyjazdem otrzymałem maila z zaproszeniem do odwiedzenia rolniczej farmy oddalonej 15 kilometrów od Arezzo, tuż obok Val d’Arno Di Sopra, zatem niemal tam, gdzie od jakiegoś czasu kierowałem swoje myśli.
Farma nie znajdowała się wprawdzie na obszarze, który nas interesował, ale zaciekawił mnie wówczas sam email, gdyż był bardzo oszczędny w treści i formie. Wyróżniał się od wielu wiadomości, jakie bardzo często trafiają do mojej skrzynki pocztowej. Skoro wybieramy się wkrótce w tamte regiony, to może jedna wizyta w winnicy nie zaszkodzi?
Umówiliśmy się na spotkanie z Rene.
W połowie lipca znaleźliśmy się w Toskanii. Zgodnie z planem mieliśmy odwiedzić tylko jedną winnicę i to taką, która bardziej zajmuje się uprawą roślin i wytwarzaniem żywności niż produkcją wina. Byłem ciekaw jak wygląda gospodarstwo, które od 1983 roku nie stosuje chemicznych środków ochrony roślin.
Około godziny 11:00 przyjechaliśmy do małego miasteczka Castiglion Fibocchi. Mieliśmy jeszcze 30 minut do umówionego spotkania. Poszliśmy zatem na kawę do baru o jakże uroczej nazwie Il Barrino. Po chwili udaliśmy się zgodnie ze wskazami nawigacji pod adres Via di Meliciano 26… a tam tylko zarośla, jakaś wąska, szutrowa droga. Po chwili odnaleźliśmy małą, drewnianą tabliczkę z wyciętym napisem Fattoria La Vialla. To musi być to! Kilka metrów dalej taka sama tabliczka, sugerująca ograniczenie prędkości do 10 km/h.
Wolno zatem podjeżdżamy na parking (widać tylko 3 samochody). Wszystko wygląda na trochę zaniedbane. Kierujemy się w stronę … kur i pawi, które swobodnie spacerują wśród zieleni. Naszym oczom ukazują się gospodarskie budynki, spory dziedziniec z porozstawianymi w cieniu stołami, przykrytymi obrusami w biało-czerwoną kratkę. Wszędzie siedzą lub wolno spacerują ludzie. W naszą stronę zmierza wysoki jegomość. Okazuj się, że to Rene van Duinen, z którym jesteśmy umówieni. Rene pochodzi z Holandii, ale od kilkunastu lat mieszka z rodziną w okolicy.

Zaczynamy poznawanie La Vialli.
W 1978 roku Piero i Giuliana Lo Franco, po długich poszukiwaniach, kupili opuszczone od 20 lat gospodarstwo, niedaleko Arezzo w Toskanii. Zależało im na tym, aby pozostawiona odłogiem ziemia uwolniła się od chemicznych środków ochrony roślin, jakie w tamtych czasach powszechnie stosowano. Ich zamierzeniem było prowadzenie organicznej produkcji rolnej. Po 5 lata uzyskali certyfikat organiczności (zielony listek, jaki można znaleźć na etykietach wielu produktów). Była to 227. farma zarejestrowana we Włoszech, która mogła posługiwać się takim właśnie oznaczeniem (teraz są ich tysiące).
Jednak to był dopiero początek drogi. Piero i Giuliana szukali sposobów na jeszcze bardziej niskointerwencyjną działalność i pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku Fattoria La Vialla mogła poszczycić się statusem biodynamiczności. Stanowiła zatem samowystarczalne gospodarstwo, w którym wszystkie etapy produkcji żywności mają całkowicie naturalny przebieg, wolny od jakichkolwiek zanieczyszczeń czy „poprawiaczy smaku”.
To co teraz wydaje nam się oczywiste, w latach 80-tych stanowiło co najmniej zaskakujące, albo niezrozumiałe działanie. We Włoszech, kraju gdzie smaczne jedzenie można znaleźć niemal na każdym rogu, nikt nie rozumiał dlaczego ma kupować produkty organiczne (które wówczas były droższe). I co to w ogóle oznacza?
Piero zapakował zatem na przyczepę oliwę, wino, przetwory, makarony, zabrał ze sobą jednego z synów i pojechali samochodem do Monachium oraz Stuttgartu w Niemczech. Tam okazało się, że na targowiskach ich organiczne smakołyki znalazły błyskawicznie nabywców. I w ten sposób Fattoria La Vialla zaczęła dostarczać swoje produkty bezpośrednio do klientów poza granicami Włoch.

Kuchnia marzeń.
Rene rozpoczął naszą wizytę od odwiedzenia tradycyjnego w tej części Toskanii budynku mieszkalnego. W latach 70-tych był on niemal całkowicie zrujnowany. Z trudem nadawał się do zamieszkania. Rodzina Lo Franco stopniowo remontowała zabudowania farmy, zachowując bardzo tradycyjną formę. Teraz znajdują się tutaj miejsca służące między innymi jako sezonowa restauracja, sklep, biuro.
Najwięcej emocji budzi jednak miejsce, które można by określić jako skrzyżowanie domowej kuchni i małej manufaktury rodzinnej. Po wejściu do budynku, po prawej stronie szerokiego korytarza (który wygląda jak staromiejska uliczka) znajduje się ponad 200-letni młyn. Lo Franco otrzymali go od jednego z pobliskich klasztorów, pod warunkiem, że … będą go nadal używać. Oczywiście cały czas służy do mielenia mąki, z której w sąsiedniej piekarnio-cukierni wypieka się toskańskie cantuccini, rożne ciasteczka i słodycze. Również stąd pochodzi mąka na ręcznie wyrabiane makarony, suszone przez 48 godzin w 35 stopniach Celsjusza. Tuż obok jest pomieszczenie do przetwarzania pomidorów, oliwek, karczochów czy bakłażanów. To tutaj powstają smakowite sosy, przeciery, pesto i pasztety.
W La Vialli hoduje się owce i krowy, zatem nie mogą dziwić rzędy wiszących pod sufitem dojrzewających wędlin czy równo ułożone 12 lub 24 miesięczne sery pecorino. Wszędzie kręcą się uśmiechnięci ludzi, poubierani w tradycyjne, ale jakże domowe stroje. Zresztą czuć tutaj autentyczną rodzinną atmosferę. Nawet jeśli powstające w tym miejscu przetwory, wyjeżdżają później w daleki świat, miejsce sprawia wrażenie wielkiej kuchni, niczym w średniowiecznym zamku.
Nie chcemy wychodzić. Trzymają nas zapachy i pełna energii aura. Rene kieruje nas jednak w stronę kolejnych zabudowań. Wszystkie wyglądają na bardzo stare. A tutaj niespodzianka. Tłocznia oliwek została wybudowana kilka lat temu, jednak zastosowano tradycyjne techniki budowlane. Olejarnia zdobyła nagrodę włoskiego rządu, za budynek najlepiej ukazujący toskańską sztukę architektoniczną. Co ciekawe, naturalne tłoczenie oliwek odbywa się z wykorzystaniem tradycyjnych granitowych kamieni młyńskich, ale w całym późniejszym procesie, aż do otwarcia butelki przez klienta, oliwa jest zabezpieczona przed kontaktem z powietrzem, poprzez obecność neutralnego gazu. Dzięki temu oliwę z La Vialli cechuje zawsze świeżość, niemal taka jak zaraz po wytłoczeniu.
W innej części farmy znajduje się zagłębiona w ziemi przetwórnia, gdzie powstaje wino. Panuje tutaj spokój, jakże różny od gwaru podwórka Fattorii. W piwnicy rodzą się niezwykłe wina, naturalnie oddające charakter wiejskiego środowiska. Mało tutaj wymuskanych efektów pracy enologów, typowych dla toskańskich posiadłości. W winach raczej znajdziemy koncentrację, soczystość owoców, brak filtracji. Wiele z nich to wina musujące. Niemal wszystkie są wegańskie (do klarowania nie używa się kurzego białka) i mają certyfikat Demeter (największa w Europie organizacja skupiająca biodynamicznych producentów żywności).
Po kilku godzinach chłonięcia niezwykłej atmosfery farmy usiedliśmy w cieniu drzew oliwnych. Tutaj na stole czekał na nas niezwykle prosty, ale wyjątkowo smaczny poczęstunek. Oliwki, pasty pomidorowe, ser, podsuszane wędliny, chleb oraz 3 rodzaje musujących win. Sielska biesiada zawładnęła naszytymi sercami i pozwoliła nabrać sił przed czekającą nas degustacją kilkunastu win, jakie powstają w Fattrori. Była to swoista podróż przez smaki toskańskich odmian.
Nie było nawet wielkich dyskusji. Postanowimy, że musimy mieć możliwość obcowania z produktami pochodzącymi z La Vialli. Zaraz po powrocie do Polski zamówiliśmy zestaw win i smakołyków.
Teraz przyjeżdżają do nas regularnie, zawsze z serdecznymi życzeniami podpisanymi przez trzech synów Piero i Giuliany. Gianni, Antonio oraz Bandino kontynuują marzenie rodziców i prowadzą farmę, jednocząc wielką rodzinę ludzi żyjących w zgodzie z naturą.

Leszek Kempiński
30 dni na zwrot
660 752 448








